Bez kategorii

Źle się dzieje w wielu lokalnych samorządach. Ostatnie wybory samorządowe nie zdołały odsiać ziarna od plew. Teraz wiele „plew” ma się niekiedy lepiej, niż te ziarna, ziarna prawdziwych gospodarzy dbających o powierzony im gminny majątek. Dlaczego w wyborach wygrało stwierdzenie: „Lepszy stary złodziej od nowego” ? Czy w nadchodzących wyborach do europarlamentu zadziała ten sam mechanizm ?

Publicyści zastanawiają się jaka będzie frekwencja w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego ?

Politycy zastanawiają się jak tu skłonić wyborców, aby głosowali na ich kandydatów ?

Wyborcy zastanawiają się, czy to ma jakieś znaczenie na kogo zagłosuję, gdy oni wszyscy są siebie warci ?

Co prawda daleko nam do Rwandy gdzie nawzajem się mordują plemiona Tutsi i Hutu, ale i u nas jest podobna walka,  tylko że w sferze politycznej.

Także ostatnia kampania wyborcza do samorządów, pokazała jak bardzo wyborcy są mamieni wizjami rozwoju i dobrobytu, gdy wyniki ujawniły dalsze trwanie lokalnych układów oligarchicznych w wielu polskich miejscowościach. Również wielu wskazuje na istnienie klientelistycznych powiązań. W niektórych jednostkach samorządowych pracownicy urzędu gminy, czy starostwa, byli wręcz zmuszani do włączenia się podczas kampanii wyborczej w manifestowanie swego poparcia dla wójta, starosty czy innych osób z zarządu albo powiązanych z nimi kandydatów. Tego rodzaju czynna agitacja bezsprzecznie naruszała zasady bezstronności.

Analogicznie należy ocenić sytuację, gdy np. sekretarz gminy, a więc bardzo bliski współpracownik wójta, burmistrza, który ubiegał się o reelekcję, pełnił jednocześnie funkcję przewodniczącego gminnej komisji wyborczej. Z kolei podczas samego głosowania – jak wynika z konstatacji badanych – podwładni mieli podobno, za sugestią lokalnych włodarzy czy ich popleczników, wykonać komórką zdjęcie wypełnionych przez siebie kart wyborczych stanowiące potwierdzenie, że zagłosowali „prawidłowo”.

Wyborcy podawali również przykłady presji wywieranej przez miejscowych notabli na osoby, które wyraziły chęć startu w wyborach z ramienia różnych komitetów, aby zrezygnowały, gdyż „zaburzy to strategię osiągnięcia niezakłóconego sukcesu przez ugrupowanie wójta”. Nierzadko tego rodzaju naciski, zwłaszcza na wsi i w małych miastach powodowały faktyczne wycofanie się pewnej liczby osób z udziału w wyborach.

Analogiczna sytuacja dotyczyła zastraszania przez różne lokalne grupy interesów jednostek, które postulowały „sanację” niezdrowych relacji w gminie czy powiecie, aby również zaprzestały tej oddolnej aktywności naprawczej, gdyż w przeciwnym razie spotkają je różne nieprzyjemności.

Tupet i zadufanie ze strony niektórych lokalnych decydentów zostały posunięte do tego stopnia, że w materiałach wyborczych prezentowali fotki inwestycji, które nie były ich udziałem, ale z braku własnych osiągnięć chcieli się „ogrzać” przy blasku cudzych dokonań.

Fenomen ten stanowi przykład kompletnego nierozróżniania między pojęciem prywaty, partykularnych interesów, a kryteriami autentycznego dobra wspólnego. Kolejnym sposobem przekłamań może być przekuwanie zaniechań i źle prowadzonych inwestycji w sukces osobisty jakiegoś wójta, czy burmistrza. Przykładem niech będzie lubawski stadion, stok czy skocznia, które służą władzy do propagandy sukcesu, gdy tak naprawdę stanowią wielką porażkę ekipy rządzącej gminą.

Na zdjęciu nowoczesny system odwadniania murawy boiska stadionu w Lubawce,
czyli sztandarowej inwestycji burmistrz Kocemby.

Brak krytycyzmu wobec takich postaw świadczy o słabej kondycji kultury politycznej obywateli, którzy wybrali na kolejną kadencję lokalnych pryncypałów aplikujących tego rodzaju propagandowe prezentacje.
Niektórzy rządzący już na początku 2018 r. sugerowali swemu otoczeniu czy środowisku politycznemu, iż tak naprawdę nikt nie jest w stanie zastąpić ich na urzędzie, a więc dobrze by było, aby nadal pozostali przy władzy, aby jak nawet w Lubawce twierdziła burmistrz Kocemba kontynuować tak dobre inwestycje.  Dlatego w kręgach osób „zaprzyjaźnionych” z szefami gminy zaistniała, niejako w reakcji na te sugestie, silna potrzeba reelekcji owych zwierzchników na kolejną kadencję, aby przez to utrzymać za wszelką cenę status quo, czyli swoje dotychczasowe przywileje i profity.

Dla tego typu osób  ponowny wybór ich wójta czy burmistrza wart był każdej ceny. W niektórych gminach pojawił się odwrotny kierunek działania: oto sam szef określonej struktury samorządowej popierał swoich ludzi, np. pracowników danego urzędu gminnego, aby zostali radnymi ( popatrzmy ilu radnych w Lubawce podlega burmistrzowi ?). W ten sposób chciał mieć przy sobie oddane mu i lojalne osoby. W tym celu organizował podczas kampanii różne imprezy, nierzadko o charakterze libacji alkoholowych, by za wszelką cenę przekonać mieszkańców do głosowania na wskazanych przez niego kandydatów. Nierzadko takie poparcie skutkowało tym, że tzw. ludzie wójta, starosty czy burmistrza wygrywali w cuglach.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kupowanie sobie przychylności wyborców odbywało się za pieniądze pochodzące z gminnego budżetu, a radni popierali takie postępowanie lub przymykali oko na nieuzasadnione wydatki.

Alkoholowe libacje za przyzwoleniem burmistrz Kocemby odbywały się nawet w Domu Kultury w Lubawce, choć jest to prawem zabronione. Ale cóż to się nie robi, aby walczyć o głosy wyborców.

Można więc stwierdzić, iż wśród niektórych ludzi pełniących funkcje w strukturach samorządowych eksponowana jest zasada „raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy”.

Z takim stanowiskiem korespondują też wypowiedzi grup  będących blisko władzy: „dobrze jest jak jest”, „lepszy stary złodziej od nowego”, „po co zmieniać?!”. Odnotowano też wiele paradoksalnych stwierdzeń: „w najbliższych wyborach trzeba na kogoś innego, nowego zagłosować, bo dotychczasowy wójt, burmistrz  jest za uczciwy, z takim nic nie można załatwić”. W takich wypowiedziach zawarte jest przyzwolenie na swego rodzaju niemoralne praktyki w relacji władza lokalna – elektorat.

W wielu przypadkach wystarczyło omamić, otumanić lub po prostu kupić sobie niecałe 3 tysiące głosów, aby zostać wójtem czy burmistrzem i móc nadal zajmować się rozdawnictwem pieniędzy i stanowisk dla swoich akolitów nie martwiąc się tym, że pogrążają gminy w olbrzymie zadłużenia.

Czy taką samą nieroztropnością wykażemy się także w nadchodzących wyborach do europarlamentu ? Czy damy się wciągnąć w polityczne rozgrywki pomiędzy polskimi „tutsi i hutu” ? Czy pogodzimy ich i wybierzemy opcję trzecią, która proponuje coś innego zamiast walk pomiędzy głównymi ugrupowaniami ?

Warto dać tym partiom w wyborach do europarlamentu ostrzeżenie, że Polskie społeczeństwo nie jest zainteresowane ich rozgrywkami i w jesiennych wyborach mogą postawić na inne ugrupowania, które będą sprawować władzę w imieniu i dla dobra mieszkańców Polski, a nie dla dzielenia stanowisk w urzędach i spółkach skarbu państwa pomiędzy członków ugrupowań tych partii.

 

hk
07.05.19