Bez kategorii

Ministerstwo zdrowia opublikowało dane na temat epidemii koronawirusa za ostatnia dobę.

Dobowa liczba zakażeń i zgonów – 6 listopada

Nowe przypadki: 27 086

Zgony w ciągu doby: 445

Nowe przypadki z podziałem na województwa – 6 listopada

Nowe potwierdzone zakażenia dotyczą województw: śląskiego (3942), mazowieckiego (2951), małopolskiego (2815), dolnośląskiego (2512), wielkopolskiego (2063), kujawsko-pomorskiego (1952), podkarpackiego (1707), łódzkiego (1593), lubelskiego (1542), pomorskiego (1451), świętokrzyskiego (1013), zachodniopomorskiego (903), warmińsko-mazurskiego (826), opolskiego (739), podlaskiego (580), lubuskiego (497).

Epidemia w Europie nie zwalnia. Powodów do radości w Polsce nie mamy.

Niemcy w ciągu ostatniej doby miały mniej potwierdzonych zakażeń na każde 100 tys. mieszkańców niż Polska. Gdyby epidemia za naszą zachodnią granicą miała takie rozmiary jak w u nas, Niemcy dzień zamykaliby z liczbą 58 tys. infekcji. A i tak rząd Angeli Merkel pomylił się w swoich szacunkach o dwa miesiące.

Ponad 27 tys. infekcji w ciągu ostatniej doby, w sumie ponad 147 tys. w ciągu ostatniego tygodnia. To statystyki koronawirusa w Polsce. Biorąc pod uwagę progi bezpieczeństwa, które zaprezentowali premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam Niedzielski, jesteśmy o około 40 tys. przypadków od narodowej kwarantanny. Wystarczyłoby, gdyby służby każdego dnia wykrywały o 5 tys. więcej przypadków.

Gdy w ciągu tygodnia pojawi się ponad 187 tys. infekcji, premier – według własnych zapowiedzi – ogłosiłby pełen lockdown.

Perspektywy na najbliższe dni nie są najlepsze. Epidemia się rozpędza. W ciągu ostatnich dwóch dni pojawiło się w sumie 51 tys. zakażeń. W środę 24 tys., w czwartek 27 tys. A to oznacza, że od narodowej kwarantanny dzieli nas już tylko pięć dni z rosnącymi w takim tempie liczbami.

 Jak wygląda sytuacja epidemiczna w Polsce?

W Polsce epidemia przyjmuje o wiele większe rozmiary niż w innych krajach. W Niemczech w ciągu ostatniej doby pojawiło się ponad 21 tys. infekcji. To mniej niż w Polsce. I o wiele mniej, gdy zaczniemy przeliczać te wartości na każde 100 tys. mieszkańców. Dlaczego tak? Bo to pozwala lepiej porównywać sytuację pomiędzy krajami, które mają różną liczbę mieszkańców.

W naszym kraju wskaźnik ten wynosi obecnie 70. W Niemczech – jedynie 25.

Jak wygląda sytuacja epidemiczna w Europie?

Gdyby w Polsce epidemia miała takie rozmiary jak w Niemczech, to w ciągu dnia mielibyśmy około 9 – 10 tys. infekcji. Z kolei gdyby w Niemczech epidemia miała takie rozmiary jak w Polsce, byłoby tam 58 tys. zakażeń.

Nie oznacza to, że Niemcy nie mają swoich problemów. W wielu dużych miastach powoli kończą się wolne łóżka na oddziałach intensywnej terapii (np. w Berlinie zostało jeszcze 15 proc. wolnych łóżek). Jednocześnie coraz większa liczba ekspertów mówi, że sama dostępność to nie wszystko – w blisko 2 tys. niemieckich szpitali po prostu brakuje personelu, który mógłby obsłużyć taką falę pacjentów.

I właśnie stąd niemiecki dziennik “Bild” pisał o łóżkach widmo, które są w systemach, ale którymi nie ma się kto opiekować. Już dziś część niemieckich komentatorów zwraca uwagę, że kilka tygodni temu Angela Merkel mówiła o prognozach 19 tys. zakażeń dopiero podczas świąt Bożego Narodzenia. Próg ten jej kraj osiągnął o dwa miesiące wcześniej. Pomyliła się zatem, bo była zbyt optymistyczna.

W części krajów gorzej niż w Polsce

W o wiele gorszej sytuacji niż Polska są Czechy. Tam ostatni dzień to ponad 15 tys. infekcji. A przecież trzeba pamiętać, że to kraj, który zamieszkuje zaledwie 10 mln obywateli. Wskaźnik zakażeń na 100 tys. obywateli wynosi tutaj aż 147. Gdyby sytuacja epidemiczna z Czech miała miejsce w Polsce, to mielibyśmy około 56 tys. zakażeń każdego dnia. To dość dobrze pokazuje skalę problemu, z którym mierzą się nasi południowi sąsiedzi.

A przecież trzeba dodać, że Czechy poradziły sobie z pierwszą falą epidemii bardzo sprawnie i były określane jako jeden z najlepszych pod tym względem krajów w Europie. Wskaźniki zakażeń były niskie, a na dodatek sami Czesi nosili maseczki jako pierwsi.

Tymczasem teraz Czesi już drugi tydzień mają zamknięte szkoły (na wszystkich szczeblach nauczania). 30-dniowy stan wyjątkowy był zaplanowany tylko do 3 listopada, ale został przedłużony o kolejne 17 dni. Restauracje, gospody i hotele są zamknięte. Rząd zdecydował się nawet na wprowadzenie ograniczeń dot. picia alkoholu w miejscach publicznych. Wszystko po to, by obywatele kraju nie spotykali się ze sobą.

W zasadzie Czesi nie mają po co wychodzić z domów. Zamknięte są obiekty sportowe i kulturalne. Od ponad tygodnia spora część sklepów i usług musiała się zamknąć. Działają tylko sklepy spożywcze, dla zwierząt, drogerie, apteki, kioski i kwiaciarnie. Pojechać można na stację benzynową, do mechanika lub pralni. I niewiele więcej.

W czeskich szpitalach od połowy października brakuje miejsc. Zajęte jest około 8 na 10 przygotowanych dla chorych z COVID-19 łóżek.

 

Miejmy nadzieję, że po zamknięci szkół ilość zakażeń będzie spadać, ponieważ jak twierdzą lekarze obecnie 70% zakażeń następuje w domach od zakażonych członków rodziny, najczęściej młodzieży szkolnej, która sama nie choruje, ale jest nosicielem wirusa ze szkoły do domu . W dalszej kolejności zakażenia następują w środkach komunikacji publicznej oraz w miejscach pracy.